poniedziałek, 30 stycznia 2017

Pasterskie janioły polatały w Stołowych

Nie pisałam nic w swoim Pamiętniku od końca ubiegłego roku. Sezon startowy zwykle się wtedy kończy, więc biegane było mało. Jedyne wpisy prowadziłam na swoim fanpejdżu, ale były to tylko krótkie informacje. Wielkimi krokami zbliżał się Nowy Rok, a ja wciąż nie miałam planów biegowych na przyszłość. Z racji tego, że w moim prywatnym życiu zaszło kilka małych, ale istotnych zmian, postanowiłam nic nie planować tylko iść na żywioł i spontanicznie wejść w nadchodzący rok.

Zimowy Szczeliniec. Fot. Krzysztof

Plany biegowe szybko uległy zmianie. Nieszczęśliwy wypadek mojej koleżanki Marty, który wykluczył ją na jakiś czas z biegania, spowodował, że wpadł mi w ręce pakiet startowy na III Zimowy Półmaraton Gór Stołowych. Bieg, który znałam z ubiegłego roku (pomimo nazwy w wersji wiosennej - taki mieliśmy klimat), w tym roku okazał się totalnym przeciwieństwem :-D

Foci Krzychu

Zima przyszła na kilka tygodni przed startem. Z przerażeniem, ale i z nadzieją wypatrywałam informacji o anomaliach pogodowych, śnieżycach i zagrożeniach lawinowych. Wcale nie liczyłam na to, że z tego powodu bieg mógłby zostać odwołany. Raczej marzyłam o przeżyciu czegoś nowego, niesamowitego. W końcu od słynnego orkanu Ksawery, który złapał mnie na drodze krajowej w środku nocy jadąc na start półmaratonu świętych Mikołajów w 2013 w Toruniu minęło już trochę czasu :-D


Do Pasterki pojechałam już po raz drugi z Krzyśkiem. Co ja bym zrobiła bez sprzyjającej mi opatrzności losu? Najpierw Marta ze swoją nogą i jej pakietem startowym dla mnie. Potem Justyna, żona Krzyśka, której akurat wypadł ten weekend i nie mogła przyjechać, więc zgarnęłam jej miejsce w pokoju. A spaliśmy w ósemce z dwiema dziewczynami z Poznania, parą z Rzeszowo-Krakowa i dwójką Czechów. Ach, ci Czesi! ;-) Jeden z nich od razu poczęstował nas czeską medicziną, czyli Beherovką. Drugi okazał się być jakimś super czeskim biegaczem i na tych zawodach zajął drugie miejsce w klasyfikacji OPEN.

Tutaj też foci Krzychu

Dzień przed startem był dość zwariowany. Nie było żadnego skupiania się przed zawodami. Krzychu zabrał z sobą dwie pary rakiet śnieżnych do testów. Po symbolicznym toaście lokalnym browarkiem udaliśmy się na śnieżek. A śniegu było wuchte! Tyle to ja chyba za dzieciaka widziałam, jak dobrze pamiętam. Kiedy wróciliśmy z tej śnieżnej eskapady, znajomi patrzyli na nas lekko zażenowani. A nam się tam podobało :-) Fajnie było. No i potraktowaliśmy to brodzenie w głębokim śniegu, jako przetarcie przed nadchodzącym dniem. A potem to już tylko nawadnialiśmy się przed startem ;-)

Nadal foci Krzychu

W dzień startu świeciło ostre słońce. Temperatura była ujemna, ale nie na tyle, żeby wyziębić wyczekujące na starcie ciało. Jadąc do Pasterki już wiedziałam, co na siebie włożę (szok i niedowierzanie normalnie! :-D) i w dzień startu rzeczywiście założyłam wszystko zgodnie z założonym wcześniej planem. A były to długie spodnie i koszulka termiczna z długim rękawem, a na to koszulka z krótkim. Na głowie miałam założoną chustę z tegorocznego biegu (co roku projektują piękniejsze) i okulary. W plecaku miałam żel, snickersa i butelkę Oshee. Na nogach miałam raki kupione celowo na ten bieg i oczywiście kije. Nie byłam do końca pewna, czy w takim śniegu w ogóle je wykorzystam, ale ostatecznie okazały się zbawienne.

Na starcie stanęło ok. 500 osób. Nauczona zeszłorocznym doświadczeniem ustawiłam się bliżej środka stawki niż końca. Kiedy ruszyliśmy szeroką polaną sprzed schroniska, pierwsza kolejka utworzyła się już po pierwszym kilometrze. To był dopiero początek, a ja już na drugim kilometrze rozwaliłam swoje nowiutkie raki i dalej całe 19 km nieświadomie obijałam sobie tymi poluzowanymi kolcami łydki tak, że na drugi dzień obudziłam się z posiniaczonymi nogami. W tym miejscu Krzychu zboczył z trasy, żeby wyłączyć wkurzający go dźwięk Endomondo. Pozwoliłam sobie ruszyć z kopytka dalej, bo wiedziałam, że nie minie chwila, a Krzychu zaraz mnie dogoni i od razu przegoni :-P Na szczęście, dobrze pamiętałam ubiegłoroczną trasę, wiedziałam więc dokładnie, co mnie czeka i jak mam rozłożyć siły. Rok temu w tym miejscu (ostre podejście wąską ścieżką między skałami obok zamarzniętego strumyka) paliły mnie łydki i ledwo dawałam radę. Tym razem mruczałam w myślach "jeszcze trochę, jeszcze trochę", jak mantrę. I to pomagało. Liczyło się tylko jedno - nie zgubić Krzycha.

Tak, to zdjęcie też jest sprawką Krzycha

Pierwszy punkt odżywczy znajdował się na 7 kilometrze. Było to już za zejściem  z niebieskiego szlaku obok Szczelińca. Rok temu w tym miejscu była taka ślizgawka, że zjeżdżało się na dupsku. A teraz udawało się nawet delikatnie zbiegać. Na punkcie trochę brakowało mi żelowych miśków. Porwałam więc dwa wafle i poleciałam dalej. Czułam, że warun był konkretny i że zbytnia pewność siebie może mnie zgubić i nie pozwoli ukończyć biegu w limicie. A ostatnio trochę czasu w limitach brakowało, więc nie chciałam odpuścić. Zacisnęłam zębiska (a teraz mam je nowe, takie fotogeniczne :-D) i szurałam dalej.

W drodze na Błędne Skały. Fot. z łapki Krzycha

O zbieganiu w takich zimowych warunkach trudno mówić. To był raczej taki lawinowy ślizg na piętach. W sumie cieszyłam się, że mam kije, bo zamiast przeszkadzać, jak początkowo zakładałam, okazały się bardzo pomocne przy zachowaniu równowagi.

Kiedy dobiegliśmy do 11 kilometra zarejestrowałam "awarię korka" ;-) W pobliżu na szczęście były dwa budynki, ale jak się okazało wojskowe. Co za pech! No cóż, ale spróbować trzeba było. Zapukałam do drzwi. Chwila napięcia i ... uff, drzwi otwiera kobieta :-) Od razu zrozumiała moją prośbę i udostępniła co trzeba. Uratowana (zmarnowałam może 3 minuty) ruszyłam zadowolona dalej. Kiedy jednak odeszło jedno zmartwienie to pojawiło się kolejne, głód. Sięgnęłam więc po zmrożonego snickersa (właśnie sobie uświadomiłam, jakie to szczęście, że nie połamałam na nim tych nowych zębów :-P) i znowu wyczekiwałam kolejnego, ostatniego punktu z jedzeniem.

Moje międzyczasy. 

Od punktu do punktu udało mi się przemierzyć trasę bardzo równym tempem, co bardzo mnie cieszyło. Przede mną została ostatnia, trzecia część trasy, na której wyczekiwałam polany zalanej słońcem. A tego było mi właśnie trzeba, słońca! Buty obklejone śniegiem tak mi zmokły, że stopy przemarzły niemal do kości. Zaczęłam też odczuwać ogólne wychłodzenie (u mnie normalne po 15 km), więc tym bardziej nie było powodu, żeby zwalniać. Nie było już też powodu, żeby hamować w sobie złość. Zaczęłam w głos przeklinać ten cholerny śnieg! W tym miejscu zgubiłam Krzyśka (załapał się do szybszej kolejki), więc skazana byłam wyłącznie na siebie i swój wewnętrzny wkurw. Dzięki Bogu, jakaś dziewczyna za mną podjęła rozmowę, bo chyba bym zwariowała! I gadałyśmy tak podtrzymując siebie nawzajem na duchu, aż do wyczekiwanej asfaltówki w Karłowie.

Ale dziwnie biegło się asfaltem po przebiegnięciu/przejściu/przepełzaniu (wybrać odpowiednie) 20 kilometrów w takim śniegu! Ludzie nagle zaczęli przyspieszać, a ja sięgnęłam do kieszonki po zabranego z punktu wafelka i zajadałam go ze smakiem gromadząc sobie paliwko przed wejściem na Szczeliniec.

Finishery na Szczelińcu. Fot. z telefonu Krzycha

U podnóża tej nietypowej, jakże pięknej i niepowtarzalnej mety spotkałam kolegę Marcina. W dniu zawodów miał urodziny (Marcinie, jeszcze raz STO LAT!), więc zdążyłam tylko krzyknąć "sto lat" i ruszyłam na schody. Na szczęście, pomimo ostrzeżeń na dole, w trakcie wchodzenia nie było jakichś trudnych momentów. Mało tego, nawet lepiej niż przed rokiem zniosłam pokonywanie tych schodów. Turyści, inni mijani biegacze już z medalami na szyjach dopingowali mówiąc "jeszcze kawałek", a ja przecież już to wiedziałam, więc tylko dziękowałam miłym uśmiechem (ach, znowu te nowe zęby :-D) i dalej spokojnie robiłam swoje. Noga za nogą, lewa, prawa i do przodu na górę. A na mecie czekał już na mnie Krzysiu. Wyprzedził mnie o jakieś 10 minut, aż się zdziwiłam, że z piwkiem nie stał ;-) Oczywiście zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z górami w tle (niejedno) i po lekkim ogarnięciu się zeszliśmy żółtym szlakiem do Pasterki.

Duma :-)

W tym roku nie poszliśmy na rozdanie nagród. Czekaliśmy przy zasłużonym piwku na burgera z podwójną porcją frytek. No i wtedy ... przyszedł czas zapowiadanego koncertu czeskiej grupy Band-a-ska. Koncert jak zwykle nie zawiódł. Nasz ukochany wodzirej/konferansjer Wojciech "Hela" Heliński również. Ułożył nowy hymn Pasterki. Szkoda tylko, że nikt nie nagrywał kiedy Hela śpiewał. W tym roku, choć krótsza i mniej liczna, zabawa z Górską Załogą była przednia :-)


Następnego dnia leniwie rozpoczęliśmy pakowanie rzeczy. Słońce pięknie grzało, śnieg wciąż zalegał. Postanowiliśmy raz jeszcze udać się na Szczeliniec. W tym dniu ścieżka była już dobrze ubita i zmarznięta. Wracając pozwoliliśmy sobie nawet na lekką przebieżkę. Warunki były super! Szkoda, że w dzień zawodów było tyle kopnego śniegu. Widocznie tak musiało być, taki chrzest bojowy. Na szczycie Szczelińca trzeba było zrobić kolejne pamiątkowe selfie. Okulary na łeb, co by dobrze na zdjęciu wyjść. Ramię Krzycha wędrujące na moje ramię i sru ... okularki rymsnęły w dół. Jeszcze widziałam, jak stanęły na skraju urwiska i zanim pomyślałam o chwyceniu za kij, osunęły się na moich oczach w przepaść.

Tu już było po okularach. Fot. Krzychu z ręki

Trudno. Poniosłam trochę strat materialnych (najpierw raki, te nieszczęsne okulary, a na koniec jeszcze dziurawe stuptuty), ale za to przywiozłam znowu niesamowitą dawkę energii. Energii, którą daje bieganie (zwłaszcza to w trudnych warunkach). Energii przekazywanej przez innych biegaczy. Teraz moich dobrych, biegowych znajomych z Pasterki :-)

Pasterskie Anioły

Bo jak to mówił jeden biegacz, to nie sam bieg jest ważny, ale cała otoczka. Ci ludzie, ten czas zabawy, ta integracja. My w każdym razie polecamy. Jedź, pozostaw swoje serce w Pasterce ❤ :-)

Fot. Krzychu

A ta świecąca kropeczka po prawej stronie zdjęcia to światełko z okien schroniska na Szczelińcu ❤

M.

2 komentarze:

  1. Chciałbym uściślić dwie rzeczy:
    1. W drodze na Błędne Skały - zdjęcie, które tak opisałaś było zrobione na niebieskim szlaku pod Szczelińcem, ale można powiedzieć, że tą drogą faktycznie podążaliśmy w Błędne Skały:)
    2. Na mecie nie czekałem z piwkiem, bo chciałem focić Twój finisch i dziwi mnie, że nie umieściłaś zdjęcia gdzie gościu przed Tobą wywraca się tuż przed metą. Można rzec pada Ci u stóp :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha, słuszne uwagi ;-) a co do zdjęcia, to fakt zrobiłeś takie ;-)

    OdpowiedzUsuń